Pierwsze ujrzenie świata
Teresa Panasiuk - opowieść o artystce
Prezentowane przez Teresę
Panasiuk gwasze i obrazy olejne pokazują nie tylko
ogromną dojrzałość twórczą, ale również wielką
indywidualność. Są nowym obliczem pokolenia
wychowanego przez kapistów.
Artystka urodziła się 1938 roku w Warszawie. Dom
rodzinny malarki wypełniał artystyczny klimat, który
stwarzali rodzice, a także liczni przyjaciele
rodziny, wśród których nie brakowało wybitnych
malarzy i muzyków. Panasiuk już od wczesnych lat
interesowała się sztuką, szczególnym uczuciem darząc
twórczość Dalekiego Wschodu, a także rodzimych
artystów takich jak Olga Boznańska, Witold
Wojtkiewicz czy Władysław Podkowiński. Studia
podjęła początkowo w Wyższej Szkole Sztuk
Plastycznych w Gdańsku pod kierunkiem Krystyny
Łady-Studnickiej, a od 1960 roku na Wydziale
Malarstwa warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych w
pracowni Artura Nachta-Samborskiego, gdzie w 1964
roku otrzymała dyplom. Zaraz po studiach rozpoczęła
pracę dydaktyczną w Warszawie jako asystentka Jana
Wodyńskiego na Wydziale Malarstwa.
W początkowym okresie jej twórczość była
zdecydowanie bliższa naturze, a obrazy ukazywały
konkretną rzeczywistość. Poszukiwania
charakterystycznej syntezy w ulubionym przez nią
pejzażu rozpoczęły się w połowie lat 70-tych.
Zabiegając o znalezienie właściwej dla siebie
przestrzeni i światła, Panasiuk dążyła do coraz
większego skrótu. Badając wielokrotnie ten sam temat
oraz poszukując świeżych rozwiązań w tym co
tradycyjne, malarka stopniowo odnalazła swoje własne
widzenie natury. Istotną inspirację w kształtowaniu
jej osobowości artystycznej stanowiły podróże. Jak
twierdzi Panasiuk, każdy artysta powinien po
pierwsze oglądać twórczość mistrzów, a dopiero potem
patrzeć na swoje obrazy. Jest to jeden z
najważniejszych etapów życia twórczego, o który
malarka zawsze dbała. Z sentymentem wspomina ona
swoją pierwszą podróż po Francji i Italii w 1959
roku: To było pierwsze ujrzenie świata,
najwspanialsza podróż z bułką w kieszeni. Paryż był
zaczarowanym światem, niedostępną tajemnicą.
Artystka najbardziej polubiła papier, jako podłoże
dla swoich pejzaży: Gwasz nie jest szkicem do
obrazu, wręcz odwrotnie, inspiracją do gwaszu jest
olej - mówi o swoich pracach.
W latach 1972-1980 Teresa Panasiuk pracowała jako
kierownik Galerii Sztuki Współczesnej w
Staromiejskim Domu Kultury organizując m.in. Majowe
Salony Młodych.
Było jeszcze wiele ważnych Jej wystaw,
indywidualnych i zbiorowych, w Polsce i Europie. To
co tam pokazywałam stało się długim wstępem do tego,
co odkrywam teraz w sztuce - wspomina. Jednak
najbardziej liczącym się dla artystki wydarzeniem
było nawiązanie w 1977 roku trwającej do dziś
współpracy z Galerią Zapiecek w Warszawie. Tam też w
2000 roku odbyła się wystawa gwaszy i rysunków z lat
1964 - 2000 przekrojowo ukazująca wszystkie etapy
entuzjastycznego odkrywania koloru w malarstwie.
Wschód i zachód w pejzażu
W twórczości Panasiuk, szczególnie obecne są
inspiracje sztuką japońską. Widać je najwyraźniej w
nieprezentowanym szerszej publiczności cyklu prac
kreślonych tuszem na różnych rodzajach bibuły
japońskiej. Fascynacja Japonią wyraźna jest także w
jej niektórych pejzażach. Przykładem może być gwasz
pokazany na ostatniej wystawie w warszawskiej
Kordegardzie w 2004 roku (zatytułowany: 1.09.2000,
gwasz na papierze). Na tle zsyntetyzowanego
krajobrazu, ekspresyjnym i śmiałym ruchem pędzla
artystka kreśli znaki kojarzące się z japońskimi
ideogramami. Niektóre formy podkreślają silny
kontrast z pejzażem, inne wtapiając się weń, stają
się jego integralną częścią.
Teresa Panasiuk pokazała także w Kordegardzie między
innymi pejzaż olejny Tryptyk, namalowany z prostotą
i pokorą, bez zbędnych udziwnień, co jednak daje
niezwykły efekt. W niemal mistyczny sposób pokazuje,
że centrum obrazu jest przepełnione życiem. Artystka
podzieliła płótno na trzy równej szerokości pasy
leżące na sobie. Dwa skrajne ukazują zimno i
ciemność, środkowy zaś jasność. Granice pomiędzy
nimi są enigmatyczne, przenikają się. Równowagą dla
tego spokoju jest nerwowo wykreślona na pasie
światła ciemna linia horyzontu. Po bokach idealnie
prosta i ostra, tnąca niby żyletką lśniącą łunę, a
na środku opanowana przez światłość, stapiając się z
nią w organiczną całość. Tym centrum jest życie,
które stopniowo promieniuje na wszystko inne.
Ekspozycja w Kordegardzie, prezentująca także kilka
starszych prac olejnych i gwasze z ostatnich lat
twórczości, była pokazaniem dojrzałej syntezy
stanowiącej indywidualne przetworzenie dziedzictwa
kapistów. W sztuce Panasiuk najważniejszy jest kolor
i skojarzenia. Nie musi ona malować w plenerach,
choć jej malarstwo to głównie pejzaże. Zapisuje
doświadczenia w zetknięciu z naturą w pamięci, aby
potem w uproszczony sposób wylać to na płótno lub
papier. Płaszczyzny w jej gwaszach są świeże, niemal
oddychają. Kolor wybrzmiewa czystością. Pokazane
prace, malowane po prostu pędzlem na papierze, są
kartami z pamiętnika, wspomnieniami. Artystka,
często tytułując dzieła tylko datą ich powstania,
może wprowadzić odbiorcę w świat natury, która dla
niej zdaje się być czymś więcej niż pejzażem. Jest
obnażeniem się z ciała i ukazaniem głębi duszy,
najbardziej tajemniczych jej zakamarków.
Fioletowe deszcze
Każda wystawa Teresy Panasiuk przypomina o
nieumierającej potędze koloru, czystego i
estetycznego. Ściany galerii wręcz toną we
wszystkich odcieniach czerwieni i różu. W wielu
miejscach wyłaniają się z pejzaży orientalizujące,
ekspresyjne formy. Mocnymi akcentami do mniejszych,
licznych gwaszy są ogromne obrazy olejne, w których
Panasiuk pokazuje inny sposób przedstawienia barwy -
mniej ulotny, za to jeszcze bardziej nasycony. Każda
ekspozycja doskonale komponuje się w jedną magiczną
opowieść o kolorze. Pejzaże układają się w
przenikające się formy, czasem cięte mocnymi
liniami, czasem zaś żyjące jedne w drugich,
nakładające się na siebie. Brakuje tam jakiejkolwiek
materialności, nie ma ani ludzi ani drzew, ani krów
w zagrodach, a jednak oglądając pejzaże czuje się,
że to wszystko tam jest obecne, tuż za zasłoną
tęczowych tonacji.
Teresa Panasiuk pomimo ciągłego podejmowania tematu
„pejzaż", będącego raczej abstrakcją kojarzącą się z
przestrzenią żółtych łąk i fioletowych deszczów,
znowu zaskoczyła nowymi rozwiązaniami wynikającymi z
radości tworzenia, szukania i odkrywania własnej
osobowości. Dla artystki temat jest tylko
pretekstem, tak naprawdę zawsze chodzi o przeżywanie
koloru.
Romana Rupiewicz