
Transmutacje ziemi
Ziemia. Najtrudniejszy z czterech żywiołów. Najgęstszy.
Najbardziej milczący. Trzeba alchemicznej czułości i
głębokiego wtajemniczenia, aby móc ją wypowiedzieć. I
może jest tak, że to ona wybiera sobie powiernika i
dopiero poprzez jego czułą wiedzę trafia do nas, pragnąc
objawić prawdę o sobie.
Obrazy BARBARY MICHAŁOWSKIEJ są opowieściami ziemi
o jej mrokach, tajemnicach, czasem nawet grozie, ale
przede wszystkim o jej gorącym nieograniczonym bogactwie
i mocy. W niej dzieje się wszystko. Jej transmutacje w
inne żywioły są jednocześnie w jakiś tajemny sposób
prawdami o nas. Może dlatego to tak fascynujące
opowieści.
Gdzieś we wnętrzu, wśród ciemności kryształów rodzą się
pierwsze zielenie, najpierw chłodne grynszpany
rozpryskujące się w tajemnicze pajęcze sieci, samoistne
i egoistyczne. Lecz przecież ta zieleń, na razie groźna,
to zapowiedź chlorofilowych łąk, lasów, życia.
Miejscem kolejnej przemiany są góry. Najtwardsza ziemia
- skała
staje się tu powietrzem. Wysoki horyzont, niemal
przezroczyste
granie przygotowują się, czekają. Jesteśmy nie tylko
świadkami tego, co się dzieje lecz i punktem
odniesienia. To odległość, odległość od naszych oczu
czyni kamień, skałę tak nieważką, zdolną do
przemienienia się w powietrze. I za chwilę jest już
mgłą, odległą galaktyką, kłębi się na tle czarnej
nicości. Lecz nie umyka w matematyczność, nie jest
spiralą, elipsoidą, to raczej liść, przedrośle paproci
pełne intymnych zagłębień, cieszące się swą nową formą.
Nawet popiół, ta ziemia gorzka i zwrócona ku śmierci,
jeśli staje się wypowiedzią, jeśli zamyka się w
prostokącie obrazu, nie zdąża już
ku nicości i pod naszym spojrzeniem pragnie stać się
pejzażem, porzucić abstrakcyjność iskier i w nas,
patrzących, odnaleźć swój
sens i z nami się nim radować. Wśród gorącej, spalonej
sieny rodzi się horyzont - przystań naszej wyobraźni.
Poniżej, stają pierwsze, nieśmiałe piony i za chwilę
któryś z nich przemieni się w Drzewo Życia, by związać
ziemię z boskością nieba. Misterium odbija się
w nas. Słyszymy głęboki, intymny szept samej ziemi i
tej, która go
nam przekazuje.
Bohdan Kos
Artystka o sobie:
Zaczęło się na Kaukazie: Piłam wodę wyciekającą ze
skały. Kilka metrów niżej, nad strugą, stał dzik.
Przychodziłam do źródła przez kilka dni o tej samej,
popołudniowej godzinie, a widać była to też godzina
dzika. Piliśmy wodę udając, że się nie widzimy. Tak
powstał pomysł na cykl obrazów „Droga do źródła".
Jestem włóczęgą. Wędrowałam przez pola wypalone słońcem.
Przez góry w deszczu i śniegu, szukając tego źródła.
Czasem było bardzo blisko. Wystarczyło wyciągnąć rękę i
woda przeciekała między palcami. Czasem tak daleko, że
zapominałam, po co idę.
A cykl „Strachy"? W długie zimowe wieczory, grzejąc się
na wielkim, białoruskim piecu, stary Aniśka opowiadał
mi, jak wiosną, kiedy rozmarzają rojsty, z wody wychodzą
duchy i tańczą na bagnach świecąc sobie błędnymi
ognikami. Więc kiedy robiło się ciepło, siadałam
wieczorem na kępie mokrej trawy i czekałam.
Cykl „Ziemia" to w większości skały i kamienie z ich
piękną, chropowatą, surową, szarością. Szary
niekoniecznie znaczy smutny. Smutne natomiast są
wszystkie malowane przez mnie miasta. Żyję w nich jak
pod gigantyczną kroplówką - zależę od kogoś i czegoś.
System połączeń i powiązań, wystarczy, że pęknie jedna
rurka i następuje szok. Coraz częściej w tym szalonym
świecie pojawiają się postacie skrzydlate, zwiewne. Idą
ze mną do lasu, na łąkę. Anioły - przynoszą spokój,
czuję to jak je maluję.
I tak w tej mojej wędrówce do źródła dojdę może kiedyś
do martwej natury, którą ustanawiał nam w pracowni na
Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie profesor
Szczepański. I może dośpiewam to, czego nie mogę do
końca pokazać w moich obrazach.
Parę słów o technice
Recenzja w piśmie „Art, Auctions Antiques" po wystawie w
Brukseli: „Malarstwo surowe, chropowate, pełne mrocznej
poezji. Wspaniale ze-stawia się z kamieniem, z rzeźbą".
Właśnie tę surowość jak w obrazach na ścianie, lubię w
malowaniu najbardziej. Najchętniej maluję na kartonie,
który gniotę, formuję i daję mu fakturę z zaprawy
podobnej do tej, jakiej się używa w malarstwie ściennym.
Zamykam oczy i dotykając chropowatej, nierównej
powierzchni zaczynam wybrany temat. Dla większej
trwałości kleję papier na płótno, a kiedy staje się
obrazem, lubię jak mnie wciąga. Lubię żyć w jego
świecie. Farb używam rozpuszczanych wodą, ale czasami
przygotowuję je jak do malarstwa ściennego. Lubię, kiedy
matowa powierzchnia obrazu chłonie wzrok zamiast go
odbijać i kiedy maluję na samym płótnie przygotowuję je
w podobny sposób.