MAŁGORZATA
KAPICA - rodowita markowianka. Mieszka i tworzy
w Markach. Debiutowała w 1994 roku opowiadaniami
"Siedem naszych win powszednich". Jest autorką
wierszy, opowiadań i dramatów, między innymi
zbiorów poetyckich "Obecność" 1995-1996, "Poezja
zwykłego życia" 1995-1996, "Eutedemis" 1996, "Po
prostu jesteś" 1997, "Życie duszy" 2000-2004,
wierszy satyrycznych "Pauperiada"
2002-2003, "fraszki-fistaszki" dramatów
"Emigrantka". "Wizyta", "Wigilijny gość", "Trzy
strony życia z czwartą niewiadomą", "Rodzinka"
1994, "Autorytet kontrolowany" 1994, "Dziedzice"
1995, "Bociany" 1996, "Przebierańcy" 1996. Jej
twórczość poetycka publikowana jest w pismach
literackich m.in. "Poezja Dzisiaj", "Akant",
posłużyła także do inscenizacji
teatralno-poetyckich przedstawionych w wielu
miastach polskich oraz w Sofii. Twórczość
przedstawiana była na spotkaniach literackich,
także autorskich i innych. Z jej inicjatywy
powstał Niezależny Salon Literacko-Artystyczny
Marki.
Promocja książki "Siedem naszych win
powszednich"
w Mareckim Ośrodku Kultury z
udziałem Wojciecha Siemiona, 1994r.



Wieczór poetycki "Poezja zwykłego
życia" w Mareckim Ośrodku Kultury
z udziałem
aktorki teatralnej i filmowej Stanisławy Celińskiej oraz poety
i
krytyka Literackiego red. Stanisława Stanika,
1996.




Spotkanie w Mareckim Ośrodku Kultury z
poezją Małgorzaty Kapicy
Występ teatrzyku
"Lusterko"
z Młodzieżowego Domu Kultury
"Ochota" ze spektaklem
"Eutedemis, czyli po
drugiej stronie lustra"
w reżyserii Anny Szwed
oraz promocja
tomiku poetyckiego "Zycie duszy"
wydanego ze
środków finansowych Urzędu Miasta Marki.
Na
spotkaniu o twórczości poetki mówił red. Ryszard
Tadeusz Tarwacki,
prozaik, poeta, krytyk
literacki, reporter.
Goście po wysłuchaniu
wierszy w aktorskiej interpretacji
aktorki teatralnej i filmowej Małgorzaty
Włodarskiej
dzielili się swoimi refleksjami
Recenzje zamieszczone w tomiku "Życie Duszy" i wybrane z niego wiersze:
Etyczne paradygmaty Małgorzaty Kapicy
Włoski dziennikarz, Vittorio Messori, wpadł na pomysł, aby papieżowi, Janowi Pawłowi II, postawić kilka istotnych dla wiary w Boga, pytań. Papież odpowiedział na pytania dziennikarza w formie pisemnej i tak powstała książka pt. "Przekroczyć próg nadziei" (Redakcja Wydawnictw Katolickich Uniwersytetu Lubelskiego, Lublin 1994).
Pytanie kluczowe dla nas wierzących brzmi tak: "Ojcze Święty, chcąc pozostać, jeżeli to możliwe, przynajmniej na razie, w perspektywie ludzkiej, czy człowiek może i w jaki sposób, dojść do przekonania, że Bóg naprawdę istnieje?".
W odpowiedzi papież przytacza pascalowskie rozróżnienie pomiędzy Absolutem (Bogiem filozofów), a Bogiem Jezusa Chrystusa, Bogiem Ojców Abrahama i Mojżesza;" (...) pierwszy jest owocem ludzkiej myśli - powiada papież - drugi jest Bogiem Żywym (...). Tradycja chrześcijańska przed Tomaszem z Akwinu, a więc i Augustyn, była związana z Platonem, od którego starała się dystansować i słusznie, gdyż dla chrześcijan Absolut filozoficzny, czy to jako pierwszy Byt, czy Najwyższe Dobro, jest czymś drugorzędnym. Po co mają wchodzić w filozoficzne spekulacje na temat Boga, gdy przemówił do nich Żywy Bóg i to nie przez Proroków, ale przez swego Syna".
Wreszcie Jan Paweł II sięga po argumentację św. Tomasza, który "Summę Teologiczną" otwiera pytaniem: "An Deus sit?", (Czy Bóg istnieje?). "Pytanie o istnienie Boga - w pojęciu Tomasza - związane najgłębiej z celowością ludzkiego bytowania, jest nie tylko sprawą rozumu, ale także sprawą woli, więcej, sprawą ludzkiego serca". I chociaż przyznajemy, że najwspanialszym z Boskich tworów jest rozum, to jednak św. Tomasz "jest rzecznikiem całego bogactwa i złożoności wszelkiego bytu stworzonego, a zwłaszcza bytu ludzkiego".
Messori drąży temat na sposób praktyczny, pyta papieża: "Czy jednak ten rodzaj argumentacji ma jeszcze jakieś znaczenie dla człowieka, który dzisiaj stawia sobie pytania na temat Boga. Jego istnienia i jego istoty".
Skracając wypowiedź Jana Pawła II, zacytujemy tylko te słowa: "Boga nikt nigdy nie widział, ani też zobaczyć nie może". (por. J. 1, 18) I snuje myśl: "Immanuel Kant odchodząc od starej drogi Ksiąg Mądrości i św. Tomasza, obiera drogę doświadczenia etycznego; Człowiek rozpoznaje siebie jako istotę religijną, zdolną do obcowania z Bogiem...".
O takim "człowieku etycznym i religijnym" Małgorzata Kapica napisała tom wierszy zatytułowany "Życie duszy". A jest to przecież poemat ewangeliczny, poemat refleksyjny, rozpisany na głosy; stosując nazewnictwo muzyczne - poemat polifoniczny. Zaczyna się przywołaniem chwili: "kiedy Twórca z miłości podjął swoje dzieło/ i tchnąwszy w nie życie dał początek nowy/ nieśmiertelni jesteśmy do nieskończoności/ jak z miłości stworzeni tworzymy z miłości".
Małgorzata Kapica (nie wiem czy świadomie) myśli o Bogu na sposób papieski, pisze o Bogu żywym: "gdy okrutnych czasów rozpętany zamęt/ dusze do zguby staczał już bez zatrzymania/ zrodzony Syn Człowieczy odkupił nas męką".
A kim jesteśmy? Jesteśmy ciałem i duszą, i "za mało kantat/ uniesień i chleba/ za mało święta/ dnia i nocy mało/ by odczuć wszystko/ czego jej potrzeba". I to tylko jest ważne, że jesteśmy istotami czującymi, stworzonymi dla miłości i piękna, ale nasze "chwile obecności codziennej/ znakiem Krzyża znaczony z wdzięczności niezmiernej/ gdy jaśnieje na stole nasyciwszy ciało" - tak pięknie mówi poetka o chlebie.
Polifoniczność "ewangelicznego poematu" Małgorzaty przejawia się nie tylko w formie, w poetyckim tworzywie, bo jest ono raczej oszczędne, bez wyrafinowanych pomysłów, wyszukanych metafor, kłopotliwej dwuznaczności, słowo dla poetki znaczy to, co znaczy. Zwyczajne, ludzkie "pożądanie" (tytuł wiersza) jest opatrzone czytelnym komentarzem: "wszędzie gdzie ona tam i on jest przy niej/ i on wszystko dla niej i ona dla niego (...) /już przysięgi złożone w nich pewność ogromna (...) /i ust dotknięcie gorącość uderza/ jakby się cudne otworzyły nieba".
A jednak nie wszystko jest tu tak proste i do końca zwyczajne, oczywiste; są w tym zbiorze wersety niedopowiedziane, jak chociażby "nienawiść". Wiersz owinięty w materię tajemną. Pozornie prosty, ale nie dający się precyzyjnie objaśnić, "zdemaskować" "wyciągam rękę jakby w próżnię trafia/ bo oto wszystko gdy serce z kamienia/ w kręgu niemocy i znieczulenia".
Z polskich poetów w "chórze" Małgorzaty Kapicy słychać głos Jana z Czarnolasu. A przecież był to pierwszy, wielki mistrz od polskich "Pieśni" i jego koncepcja renesansowego świata, renesansowego umiaru, harmonii - pobrzmiewają w wierszach Kapicy; "nadmierność nałogów słabości przejawem /co skutkuje przykrym późniejszym wyrzutem/ gdy celem życiowym brak wstrzemięźliwości/ brak umiaru..." ("niewola").
Koncepcja "człowieka etycznego" spełnia się w innych utworach; "w czym szczęście", "zwątpienie", "niepewność" - "co wyborem naszym gdy przyjdzie dzień każdy/ gdy przypadki przeznaczeń i wola niepewna". Wreszcie "miłość" ten stały i sprawdzony atrybut dobrej poezji, bo cóż nam bez miłości. Powiada św. Paweł "Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, byłbym jako miedź dźwięcząca alko cymbał brzmiący". (I do Koryntian).
Dlatego wierzymy czytając Małgorzaty "w herbie empatię i dar zacności mając/ tak ciała i rozumu niedoskonałości/ w pokoju bez obaw zanurzmy w miłości".
Red. Ryszard Tadeusz Karwacki - prozaik, poeta, krytyk literacki, reporter.
Tekst zamieszczony w tomiku "Życie Duszy".
Mowa serca - mową duszy
Linia rozwojowa poetyki Małgorzaty Kapicy z jej najnowszych, ale nie tylko tych wierszy, biegnie od Sępa Szarzyńskiego przez Norwida do Baczyńskiego. Sęp Szarzyński, poeta XVIII-wieczny stoi u początku jej jako autor wierszy ciemnych, filozoficznych i głęboko zakorzenionych we znaczeniach, o zmiennym, skrajnym często obrazowaniu. Te przymioty wierszopiskie, z następnymi - wywodzącymi się z Norwida - a więc odznaczających się wieloznacznością słów, niedoprecyzowaniem wizji (a więc wymagającymi domyślności) - a także z tymi, w jakich celował Baczyński: wizyjnymi, o treści religijnej zwykle, zawieszonymi w abstrakcji, która wywiedziona jest ponad konkret, współtworzą charakter i nastrój także w najnowszym zbiorze wierszy Kapicy, "Życie duszy", zbiorze kolejnym po kilku wcześniejszych.
Taki jak ten - tytuł tomiku z góry zakłada zanurzenie egzystencjalne tematu, a jako temat - duchowość człowieka, odniesiona do Boga, do wartości trwałych i często nadziemskich. W swej podniosłości tonacji, żarliwości, modlitewności ta poezja nawiązuje jakby do osiągnięć i atrybutów poezji baroku, a nawet jej odmiany - poezji konfederacji barskiej, prowadzonej na wysokim diapazonie, tak jest Bogu i Ojczyźnie wierna i oddana. W tonacji nastrojowej narzuca się pogląd o nietrwałości życia, jego znikomości, jak np. w wierszu "W czym szczęście":
ileż dobra z miłości roztoczy się wkoło
tyleż wróci bo obrót musi być w porządku
szczęściem kiedy miłość z darem skojarzona
lecz gdy nie to zaczynać trzeba od początku
Oscylacja znaczeń jest tu delikatna, gęsta, należy z uwagą i skupieniem podejmować znaczeniowe niuanse słów, by nie przeoczyć piękna. Na tle dzisiejszej poezji ta proponuje jakby odnowienie tradycji, zwłaszcza jej nurtu etyczno-religijnego, nie stroniąc od trwałej melodyki i rymu. By tę poezję zrozumieć, a nie tylko pojąć sercem, należy wgłębić się w nią bez skrupułów.
Red. Stanisław Stanik - recenzent, krytyk literacki, poeta.
Tekst zamieszczony w tomiku "Życie Duszy".
Wiersze wybrane z tomiku "Życie duszy" Małgorzaty Kapicy
narodziny
kiedy Twórca z miłości podjął swoje dzieło
i tchnąwszy w nie życie dał początek nowy
nieśmiertelni jesteśmy do nieskończoności
jak z miłości stworzeni tworzymy z miłości
kiedy okrutnych czasów rozpętany zamęt
dusze do zguby staczał już bez zatrzymania
zrodzony Syn Człowieczy odkupił nas męką
miłości odnowę podarował wieczną
to warte najwięcej co rodzi się w bólu
jedna myśl wystarczy w ciemnościach bez końca
On duszę wyprowadzi z najciemniejszych ciemni
i prócz tych narodzin nic ważne na ziemi
z miłości
dla mojej duszy
ziemi jest za mało
za mało kantat
uniesień i chleba
za mało święta
dnia i nocy mało
by odczuć wszystko
czego jej potrzeba
jest częścią światła
tego z lat miliona
i żyje wiecznie
i jest bez wątpienia
pięknem stworzonym
z miłości tworzenia
chleb
jakże rozkoszne chwile obecności codziennej
znakiem Krzyża znaczony z wdzięczności niezmiernej
gdy jaśnieje na stole nasyciwszy ciało
i wzniosłość modlitwy by go nie zabrakło
gdy czasów bezwzględnych trwogi rozjątrzone
i idei upiory władztwem rozjuszone
to ratunkiem bezsprzecznym płaszczem spokojności
dusza nakarmiona Opłatkiem miłości
jakichkolwiek czasów byłby autorament
choćby racje wyniosłych albo myśli zamęt
to dopuści się człowiek czynu powstańczego
by bronić chleba Krzyża i tego powszedniego
pożądanie
i oczu spotkanie już wiedzą że jedyne
jakby świata odmiana i wszystko nic przy tym
i pragnienie niepokój czy aby na zawsze
dni bez nich zbyt puste a noce stracone
i wszędzie gdzie ona tam i on jest przy niej
i on wszystko dla niej i ona dla niego
już przysięgi złożone w nich pewność ogromna
w jednej chwili na wieczność spotkanie obojga
i ust dotknięcie gorącość uderza
jakby się cudne otworzyły nieba
i wszystko zginęło co złe było brzydkie
absolut chwili
i tylko chwila
nienawiść
wyciągam rękę jakby w próżnię trafia
bo oto wszystko gdy serce z kamienia
w kręgu niemocy i znieczulenia
i tak to straszne że się śnić nie umie
czeka zastygła jakby w zamyśleniu
we mnie twarz mściwą przegląda jak w lustrze
czy może po wszystkim czy jest to początek
czy to już wszystko i na nic nie patrzy
boleść współczucia bo ją trawią męki
a nierozumnie to ją jeszcze łechce
bo choćby patrząc po kresu horyzont
nic się nie zmieni co się zmienić nie chce
niewola
używszy w nadmiarze wielu chwil rozkosznych
zażywszy odurzań i balów miłosnych
wśród stołów nakrytych i picia wszelkiego
zdarzy się często dostać przesytu zbytniego
nadmierność nałogów słabości przejawem
co skutkuje przykrym późniejszym wyrzutem
gdy celem życiowym brak wstrzemięźliwości
brak umiaru we wszystkim uwłacza godności
czyż nie cięższe od kajdan zachcenia zaborcze
wypuściwszy bez miary swoje chciwe żądze
i poddany w niewolę zbiera plon obfity
przyjemności pokus ich złudne profity
trafić w samo sedno w tym jest rzecz nieprosta
odsunąwszy inne o szacunek troska
z wielu zagubionych wśród różnych nawyków
zbyt duże pragnienia robią niewolników
w czym szczęście
nie każdemu dane rozumu używać
wedle swojej woli albo Jego woli
szczęściem kiedy mądrości przybywa wraz z wiekiem
gdy majętność rozumu dobrze żyć pozwoli
ileż dobra z miłości roztoczy się wkoło
tyleż wróci bo obrót musi być w porządku
szczęściem kiedy miłość z darem skojarzona
lecz gdy nie to zaczynać trzeba od początku
i cóż to jest szczęście dla każdego inne
czyż wartości podnosić swoje za nic mając
tam biegnąc z pomocą gdzie zły los człowieczy
czy chcieć i mieć ponad miarę na ceny nie patrząc
zwątpienie
nieraz odchodzę skrzywdzona nad miarę
bo ileż można ciągłe bóle znosić
złorzecząc światu iż taki nietrwały
złorzecząc ludziom iż niedoskonali
mocniejszych siła brzemieniem gniecie
słabszych zgorzknienie piołunem pali
lecz mają oni życia wspólną cechę
tak ociosani stają się - człowiekiem
nieraz odchodzę skrzywdzona nad miarę
nie mam poczucia żem w tym dziele jedna
nadto doświadczeń przypadło w udziale
jakbym ja właśnie miała zostać święta
mylić się błądzić rzeczą ludzką przecież
i trudy znosić chociaż nazbyt bolą
niezgoda na to i bunt myśli ściemnia
bo się pogodzić trudno z taką wolą
może je trzeba zmienić pogodzeniem
bo zniewalają i grożą upadkiem
czas już pokoju uczynić je świadkiem
swoją obdarzyć duszę wybaczeniem
niepewność
co wyborem naszym gdy przyjdzie dzień każdy
gdy przypadki przeznaczeń i wola niepewna
co dzień myśli strąconych i wzniosłych upadki
w wędrówki godzinach po świtach i zmierzchach
czy ustąpi pola uczciwość niewinna
błogim przyjemnościom i rozkoszom ziemskim
czy okiem pożądań to ręką sięgnie tego
co dla innych opoką pięknem życia pewnym
gdy zdyszane minuty zakrzyczane jeszcze
bo za wolne albo i zbyt prędko mkną same
to znaleźć nie można co zgubione w pędzie
bo wrażeń gnana szybkość nazbyt głową trzęsie
tym stworzeni byciem naznaczeni chceniem
dzieleni w połowie niepewni dążeniem
czyż wybrać z tysiąca czy błysków tysiące
chwiejność naszym upadkiem gdy wybór pytaniem
miłość
bezgranicznej próżności przedawkując miary
szyderstwem małości inność prześmiewamy
lecz gdy sami posiadłszy dopusty wad wszelkich
doznawszy dokuczań złość mamy do drugich
kiedy władza zawiści przejdzie w zniewolenie
to chce się odebrać innym powodzenie
tak więc i sąsiadowi okiem pożądliwym
życzenie upadku darem uporczywym
pomyślawszy że innych ciała są ułomne
że nacje narodów do nas niepodobne
że rozdęci wielkością wspanialszych nie znamy
po cóż głowę schylać dostrzegając małych
ci co przejmą się troską i w pokorze trwając
w herbie empatię i dar zacności mając
tak ciała i rozumu niedoskonałości
w pokoju bez obaw unurzmy w miłości