Halina
Poświatowska urodziła się w Częstochowie w 1935
roku. Zmarła mając 32 lata, 11 października 1967
roku, na skutek komplikacji po drugiej operacji
serca. Całe życie zmagała się z chorobą, z
nieubłaganym czasem, z własnym lękiem –
nieodłącznym towarzyszem młodej kobiety
obcującej na co dzień ze śmiercią.
W listopadowe wieczory warto zamyślić się nie
tylko nad magią śmierci, nad Wiecznością, ale
także nad ludzkim strachem przed tym, co
nieuniknione. Każdy z nas stanie twarzą w twarz
z własną śmiercią; Poświatowska uczyła się
twarde wyroki losu zamieniać w poetycki krzyk o
jeszcze jedną sekundę życia. Tak pisała, kiedy
jej czas się powoli dopełniał:
Kocham życie (...) i nawet wtedy, kiedy zraniło
mnie tak bardzo, że na krótką chwilę zapragnęłam
umrzeć, nawet wtedy nie popełniłam zdrady. Nie
zapominaj, że śmierć była zawsze blisko mnie,
zbyt blisko, abym nie przywykła do jej
chłodnego, kojącego dotyku, abym nie musiała do
niego przywyknąć. (...).
Słyszę szum spienionej wody i czuję, jak w mojej
piersi delikatnie uderza najczulszy z wszystkich
odmierzających czas instrumentów – serce. Jest
słabe, ale bije dzielnie i z wielką
cierpliwością przetacza ciepłą krew.
(H. Poświatowska, Opowieść dla przyjaciela, Kraków 1967, s. 213-214)
Spotkanie z poezją Poświatowskiej zawsze, jak
sądzę, wywołuje refleksje nad wartością życia, a
jednocześnie jest okazją do uświadomienia sobie
milczącej obecności śmierci. Spotkanie z poezją
Poświatowskiej to uczestnictwo w ludzkim
odchodzeniu, umieraniu, współuczestniczenie w
lęku.
Dziś, gdy śmierć zepchnęliśmy w szpitalne
korytarze, w sterylność, zimną i obcą biel,
wiersze Poświatowskiej stanowią swoistą lekcję
godnego umierania.
Życzę owocnej refleksji
Dorota Gołaszewska
Wybór wierszy: Dorota Gołaszewska
* * *
czy świat umrze trochę
kiedy ja umrę
trochę
kiedy ja umrę
patrzę patrzę
ubrany w lisi kołnierz
idzie świat
nigdy nie myślałam
że jestem
włosem w jego futrze
zawsze byłam tu
on – tam
a jednak
miło jest pomyśleć
że świat umrze trochę
kiedy ja umrę
* * *
czy wszystkie dni są stracone dla umarłych
dni w słońcu
i dni w deszczu
dni we wszystkich porach roku
popołudnia i wieczory
chwile
przecięcia chwil
wszystkie oddechy i słowa
potem
kolie dni
naszyjniki kolorowe
lata
epoki
czy wszyscy tracimy wszystko
żyjąc?
patrzę na dzień już umarły
myślę
* * *
w jakim białym szpitalu
w jakim smutnym
znajdziesz mnie
moje palce i usta
gdzie będzie Kleopatra
ze Sfinksem na kolanach
zwiniętym kocio
Kleopatra o żółtych oczach
zakochana
w jakim białym szpitalu
w jakim łóżku
znajdziesz nagle
skrzywdzony uśmiech
gdzie spotkasz Izoldę
leżącą na płask
smakującą napój miłosny
z sercem w pięści
rozedrganym
w głosie
gdzie złotowłosą znajdziesz
na jakim cmentarzu zielonym
ptakami rozszeptanym
zatrzymasz się u bramy
szepniesz: ukochana
i wstanie dziewanna
żółta rozbestwiona
i owinie ramiona kwiatów
wokół twojej szyi
i umrze
na jakim cmentarzu śpiącym
staniesz
* * *
kiedy umrę kochanie
gdy się z słońcem rozstanę
i będę długim przedmiotem raczej smutnym
czy mnie wtedy przygarniesz
ramionami ogarniesz
i naprawisz co popsuł los okrutny
często myślę o tobie
często piszę do ciebie
głupie listy – w nich miłość i śmiech
potem w piecu je chowam
płomień skacze po słowach
nim spokojnie w popiele nie uśnie
patrzę w płomień kochanie
myślę co się też stanie
z moim serem miłości głodnym
a ty nie pozwól przecież
żebym umarła w świecie
który ciemny jest i który jest chłodny
koniugacja
ja minę
ty miniesz
on minie
mijamy
mijamy
woda liście umyła olszynie
nad wodą
olszyna
czerwona
zmarzła moknie
mijam
mijasz
mija
a zawsze samotnie
minąłeś
minęłam
już nas nie ma
a ten szum wyżej
to wiatr
on tak będzie jeszcze wieczność wiał
nad nami
nad wodą
nad ziemią
* * *
ptaku mojego serca
nie smuć się
nakarmię cię ziarnem miłości
rozbłyśniesz
ptaku mojego serca
nie płacz
nakarmię cię ziarnem tkliwości
fruniesz
ptaku mojego serca
z opuszczonymi skrzydłami
nie szarp się
nakarmię cię ziarnem śmierci
zaśniesz
* * *
Halina Poświatowska to jest podobno człowiek
i podobno ma umrzeć jak wielu przed nią ludzi
Halina Poświatowska właśnie się trudzi
nad własnym umieraniem
ona jeszcze nie wierzy ale już podejrzewa
i kiedy w sen zagłębia lewą rękę to w prawej
zaciska mocno gwiazdę – strzępek żywego nieba
i światłem poprzez ciemność krwawi
potem gaśnie za sobą wlokąc warkocz różowy
ciemniejący na wietrze nocy groźnej i chłodnej
Halina Poświatowska – te trochę garderoby
i te ręce – i usta co nie są już głodne
* * *
One nas lubią, te samotne cmentarze, one, które są z nami tak bardzo, że nieledwie tkwią w środku nas. Paradoks odwracalny, bo może to my w nich tkwimy. Obrysowując palcem kontur własnego ciała, uwzględniamy pelargonię posadzoną nisko i klepsydrę zatkniętą u wezgłowia. Szept pochylonej brzozy, splot jej chłodnych korzeni, soczystą zieleń liści. I całując na dobranoc twoje czoło nad lewą brwią, myślę o niedużej kaplicy z drewnianym krzyżem w poprzek. Pachnie ziemia...