Salon Internetowy Mareckiego Ośrodka Kultury

salon

Salon Internetowy Mareckiego Ośrodka Kultury

Anna Kamieńska (1920-1986)

zdjęcieAnna Kamieńska urodziła się w 1920 roku w Krasnymstawie koło Lublina, zmarła w Warszawie 10 maja 1986 roku. Studiowała filologię klasyczną. Tłumaczyła m. in. literaturę rosyjską, czeską, bułgarską, łacińską, hebrajską. Debiutowała w 1944 r. na łamach lubelskiego Odrodzenia. Autorka kilkunastu tomów poezji, prozy, esejów, książek dla dzieci i młodzieży.
Z Jej studiów i przeżywania Biblii powstały: Twarze Księgi, Na progu słowa, Drugie szczęście Hioba, Książka nad książkami.
Tomy wierszy A. Kamieńskiej Milczenia, W pół słowa, Dwie ciemności, Biały rękopis są wielkim osiągnięciem współczesnej poezji.
Oba tomy Notatnika to mądre, piękne zapiski o Miłości, Wierze, Bólu i Śmierci.

 

Jan Twardowski
Śpieszmy się
Annie Kamieńskiej

śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą
ostaną po nich buty i telefon głuchy
tylko to co nieważne jak krowa się wlecze
najważniejsze tak prędkie że nagle się staje
potem cisza normalna więc całkiem nieznośna
jak czystość urodzona najprościej z rozpaczy
kiedy myślimy o kimś zostając bez niego

nie bądź pewny że czas masz bo pewność niepewna
zabiera nam wrażliwość tak jak każde szczęście
przychodzi jednocześnie jak patos i humor
jak dwie namiętności wciąż słabsze od jednej
tak szybko stąd odchodzą jak drozd milkną w lipcu
jak dźwięk trochę niezgrabny lub jak suchy ukłon
żeby widzieć naprawdę zamykają oczy
chociaż większym ryzykiem rodzić się niż umrzeć
kochamy wciąż za mało i stale za późno
(...)
Droga. Tym jest dla mnie poezja. Zwykła droga ludzkiego życia. Tu, w poezji naprawdę nie ma nic, gdy nie ma biografii. (A. Kamieńska, Na progu słowa)

 

Wybór wierszy: Dorota Gołaszewska

Przemiana

Przemienić się
wywrócić się jak rękawica
okręcić jak planeta
przewlec siebie przez siebie
aby każdy dzień przeniknął przez każdą noc
aby każde słowo przebiegło na drugą stronę prawdy
aby każdy wiersz wyszedł z siebie
i zaświecił osobno
aby twarz wsparta na ręku
wypotniała na wewnętrzną stronę dłoni
Aby to pióro
przyoblekło się w samo milczenie
chciałam powiedzieć w miłość

twarz umazać w pyle
oślepnąć
wstać
i dać się prowadzić
jak Ślepy Szaweł
do Damaszku

Zamilczane

Mam ci tak wiele do milczenia
że nie znajduje ani słowa
trzeba by opowiedzieć wsteczne drogi
wymówić krzyk i przerażenie
wysłowić dotknięcie zimnych rąk na wieki
nie ma słów takich
jedyna nadzieja że jest alfabet życia
i ten list wielki
piszemy go sobą
dojdzie do Twoich gwiezdnych rąk
odpieczętujesz go w świadectwie umęczonych
i jest nadzieja choć nadziei nie ma
że pisano to że pieśń się pisze
każdym oddechem snem cierpieniem
aż Palec Uzdrowiciel
rozwiąże język zawiązany
i zadyszani wbiegniemy nareszcie
powiedzieć wszystko wszystko
skrzywdzone
zamilczane

Ciężar

Nie mogę Ci ofiarować kropli deszczu
ani złotej pszczoły
wszystko to nie moje
ani łzy która nic nie waży
i nie przepełni żadnego morza
ani chwili zwanej wiecznością
ani słowa
bo jest powietrzem wszystkich
mam puste ręce
moje życie nie jest moje
ja nie jestem moja
chciałabym mieć na własność
choć źdźbło choć kamyczek
okruch nieskończonej materii
w którym bije serce
żadna rzecz nie chce być u mnie w niewoli
nawet własna ręka krzyczy grozi
że odejdzie ode mnie
Nic nie mam a tak mi ciężko tylko ciężar niewiadomy
mogę zrzucić u Twych kolan
Boże

Modlitwa Hioba

Panie naucz mnie milczeć
naucz milczeć mój język
i moje wargi
Naucz milczeć moje serce
Naucz mnie nie odpowiadać
na źle postawione pytania
i fałszywe oskarżenia
Naucz mnie milczeć
nawet kiedy mówię

Naucz mnie milczeć
kiedy chcę krzyczeć
kiedy milczenie boli
Naucz mnie nie skarżyć się
nie mówić o zmienności życia
jak ciężkie ono
jak mało w nim wszelkiego sensu

Naucz mnie sensu milczenia
i milczenia sensu

Naucz mnie abym i w śmierci milczał
bo są tacy których śmierć
krzyczy zawczasu do samego nieba

Naucz mnie modlitwy
która jest tęsknotą
i o nic nie prosi

Naucz mnie milczeć
zwłaszcza wobec tych
których kocham
niech nigdy słowo
od nich mnie nie rozdzieli

Naucz mnie milczenia
chorego zwierzęcia
milczenia chmury deszczu trawy
milczenia wieczoru i nocy
milczenia dobroci
i wdzięczności
Panie naucz mnie milczenia snu
milczenia wszystkich moich umarłych

Naucz mnie Panie
swojego
najgłębszego milczenia

Tamten świat

Nie nie wierzę w tamten świat

Ale i w ten świat nie wierzę
jeśli nie przeszywa go światło

Wierzę w ciało kobiety
potrąconej przez samochód na ulicy

Wierzę w ciała
zatrzymane w pośpiechu
w geście w dążeniu
jakby właśnie miało się zdarzyć
oczekiwane od dawna
jakby za chwilę
sens miał podnieść
wskazujący palec w górę
Wierzę w oko ślepe
w ucho głuche
w stopę kulawą
w zmarszczkę u skroni
w czerwony ogień na policzku

Wierzę w ciała leżące
w ufności snu
w cierpliwość starości
w słabość nie urodzonych

Wierzę we włos zmarłego
pozostawiony na brązowym berecie

Wierzę w blask
rozmnożony jest cudownie
na wszystkie rzeczy

Nawę na chrabąszczu
co gmera się na grzbiecie
bezradny jak mały szczeniak

Wierzę że deszcz
zszywa niebo z ziemią
i że deszczem tym aniołowie
zstępują widzialnie jak żaby skrzydlate

Nie wierzę w ten świat
pusty
jak dworzec nad ranem
gdy wszystkie pociągi odjechały
do tamtego świata

Świat jest jeden
zwłaszcza gdy budzi się w rosie
a Pan przechadza się
między krzewami
zwierzęcych i ludzkich snów

Rozterka Kasandry

Ale jak ostrzec mądrych
jak przestrzec ich przed własną mądrością
przed chłodnym spokojem moralistów
Jak ostrzec tych
którzy podzielili już świat
lepiej od samego Pana Boga
Już. nie potrafią nikogo ułaskawić
nikomu przebaczyć
specjaliści od dobra i zła
Jak ostrzec konsekwentnych
przed ich konsekwencją
jak ostrzec racje przed ich racjami
jak im ukazać
ciemną głąb możliwej niemożliwości
Oni tak pięknie ustawili
swój świat ze słów
: opasali kolczastą ironią
Jak ludzi ostrzec przed ludźmi
kiedy przyglądają się światu
staje się tylko rzeczą
Jak ich przekonać
aby zechcieli odsunąć się choć trochę
by własnym cieniem
nie zasłaniali sobie słońca

Ślady

Zakochany niedowiarek
szukam śladu na piasku
choć kreski z tego
co pisał palcem
na biblijnej ziemi
choć źdźbła gestu w powietrzu
oddechu w starodawnej ciszy
choć linii horyzontu na której
spoczęło Jego oko

A widzę ciągle tylko smutek Chrystusowy
na każdej ludzkiej twarzy odciśnięty

Odchodzę

Odchodzę od Ciebie codziennie
pracowicie jak mrówka
no powiedz
na ile lat
na ile dni świetlnych
i ciemnych
mam się oddalić od Ciebie
aby się zbliżyć tak bardzo
że przylgnąć
i zniknąć w Tobie
Wołam
przez całą szerokość Biblii
otchłań do Otchłani

Krzyż

Przyśnił mi się krzyż
którego jedno ramię było krótkie
a drugie nieskończenie długie
Niektórzy mówią
że to jest łatwe
Problemy są już za nas rozstrzygnięte
brzemię jest lekkie i wszelka łza
będzie otarta
wystarczy
przeżyć życie od początku do końca
a potem już obudzić się do wieczności

Lecz ja ciągle dźwigam to drugie ramię
ramię nieskończone
i wiem że co jest lekkie jest brzemieniem
a co ma być otarte jest łzą
większą od planety
są dni bardziej marudne
od wieczności
I nie umiem sobie wyobrazić śmierci
która jest przebudzeniem
ciemności
która jest światłem
chwili
która jest nieśmiertelnością
i miłości
która nie jest tobą

W wielkiej nocy

Może to najdroższe na sekcyjnym stole
z czułością włosa na czole
może w kostnicy sądowej
z lodówki wysunięte do rozpoznania
może pierwszy raz w skrzynce zobaczone
odmienione obce skurczone
niepodobne do tego co było całowane
może dwoma litosnymi palcami
ku śmierci oślepione
zawsze jest to samo
z drzewa męki zdjęte ukochane
przed zmierzchem soboty
pośpiesznie opłakane
i nagle
nieobecne niewidzialne
a już jakby odnalezione
w wielkiej nocy twojej niewiary

Wielkanoc 1973

Milczenie

Dźwigałam ciężar
doniosłam pół słowa
jak późna wiara
mam palec na ustach

Milczę lecz jestem
odarta z pełności
być to wystarczy
reszta nie jest nasza

Jest pustka braku
i pustka spełnienia
słowo jak serce
co już nie chce swego

Ponad pustynią
na dwie stopy w ziemi
nachyl się Boże
powiedz tylko słowo

Bezdroże

Widzę jak kroczy po wodzie po chmurach
to szczególne załamanie światła
jakiego nie odnalazł nikt z Rembrandtów
naszą sprawą jest tonąć i krzyczeć
a On spokojny nie boi się naszego zwątpienia
idzie każdym bezdrożem
bo jest drogą

Od tylu wieków

każdy może dotykać Twoich pięciu ran
pięciu ciemności
i kłaść nie umyte palce
na czystą księgę Twego ciała
wołać Cię po imieniu
przedrzeźniać Twoją samotność
rozszarpywać Słowo
wykrzykiwać szept przez megafony
czerwone żarówki biegnąc podpalają
słone ścieżki Twojego potu
Rozdany do ostatniego włókna
rozszczepiony jak światło w tysiącach pryzmatów
Twoją krwią napełniono butelki
taniego wina wieczornej pociechy
Tak wspólny że każdy
i tak osobny że wnikasz
nawet w moją osobność
Przechodzisz Twój ślad trwa na wodzie
rodzisz się ze mną
i ze mną umierasz
i tylko kiedy czynię zło sam jestem
pusty bez siebie bo bez Ciebie

Miłowanie nieprzyjaciół

Wreszcie mam prawdziwych nieprzyjaciół
i pora zacząć ich miłować
zawarliśmy nawet sekretny znak różnicy
z pozoru można by nas wziąć
za dwie strony medalu
za dwa końce kija
nasze płaszcze spokojnie
wiszą obok siebie w szatni
wymawiamy te same słowa
choć po stokroć innym językiem mówimy
i choć wszystkie spójniki dzielą nas nie łączą

Mądrze jest miłować nawet złą pogodę
bo jest to zawsze jakaś pogoda
więc szukam tego miejsca na mapie ich obecności
na których spoczęłyby chociaż dwa ludzkie światełka
złowieni na te dwa światła
powoli zaczynają poddawać się miłowaniu

Ty wiesz Panie jak trudno
i że ostatecznie muszą zostać rozdzielone te racje
jeśli ktoś kogoś się lęka
już to samo odstrasza sprawiedliwość
gdyby chodziło o wspaniałe leśne bestie
warto byłoby dać się rozszarpać ich dzikim racjom
a tak
trzeba miłować nieprzyjaciół do ostatka
swoja śmiertelną prawdą

Słowa ostatnie

Trzeba się dobrze wsłuchać w słowa konających
a wszystko nagle stanie w błyskawicy
rozhuśtana po świecach olśniona w stypach
prawda już w tobie skryła się jak iskra
by nagle słowo ze stygnących prześcieradeł
bezwiedny gest lub szept imienia
wrócił i życie żałosne ukazał
w jaskrawym blasku przebaczenia

Dla Z

Już pora pożyć trochę za innych
już czas trochę za innych poumierać
pocierpieć z tymi którzy cierpią
podzielić rozpacz z rozpaczającymi

Już czas otworzyć ten rachunek i tak otwarty
chociaż nie chcesz wiedzieć o tym
bo wszystkie bóle spływa do jednego morza
wszystkie rozpacze w jednej ciszy się ukoją

Olbrzymie Jedno zmieści całą wielką mnogość
wie o tym nawet dziecko kiedy boi się ciemności
porzuć już swoje małe ja co boli
jeden jest Pan bólu i uciszenia

Pogranicze

To niebezpieczne igranie z nicością
jednak nie bardziej niż drżenie liści
niż rozchylanie bezwstydnego pąka
wysiłek aby w tym punkcie zaistnieć
wysiłek poza możliwością metażycie
ta mucha która miała czelność
ssać ślinę z warg konającego
rozpiętego na krzyżu prześcieradeł
to wąskie pogranicze obszar mego trudu
i niech go nikt mi nie ułatwia
niech nie znieczula żadne słowo
trzeba wydyszeć oddech aż do dna otchłani
choć by się chciało uśpić ból jak psa
dla ciebie nie ma litości dla ciebie
ten trud zwlekania siebie z siebie
ma trwać do końca
masz przedtem oddać to co zdaje się miłością
oddać to nawet co zdaje się Bogiem

Pośpiesz się

Pośpiesz się
może zdążysz jeszcze powiedzieć
to co drzemie w wielkim milczeniu
pośpiesz się
rnoże zdążysz jeszcze pokochać
to co zdaje się tylko przestrzenią
pośpiesz się
może zdążysz jeszcze odczytać
stronę księgi co się zamyka
pospiesz się
może jeszcze zapragniesz tak mocno
że dotkniesz i znikniesz w dotyku
ale pośpiesz się

Krucyfiks

Wisi na krzyżu
Pan Stwórca nieba
z wykrzywionymi ustami
na brodzie czarna krew
nie może mówić
charczy głosem dziada
co rozsiadł się
na swych królewskich szmatach
zasłona się popadała
żeby dzieci mogły grać
w piłka do dołka ręce nad dołkiem
rozpędzać nad głowami skakanki
tylko jeden stary pan w berecie
przywiera do stóp krwawych
suchymi wargami

Wyznania Tomasza

Upadają moje sosny
wysychają moje źródła
co zostaje gruda żalu

Ale to nie cała prawda
jak ogłoszenie z gazety
jakieś drogi szły i poszły
i minęły

A On czeka ciągle czeka
cierpliwy jak dzień powszedni
cień zarostu na policzku
imię żydowskie

Co tu robisz u drzwi moich
co tu u drzwi Twoich czynię
daj mi upaść daj mi nie wstać
dotknąć rany w boku