Mikalojus Konstantinas Čiurlionis - Z "Listów do Dewduraczka" [literackich].
III
Obiecałem napisać list do Ciebie, list do Dewduraczka. Patrz, pośród śniegowych koron gór, strzelistych gór, sięgających nieba prawie, stoi człowiek. U stóp jego chmura przykryła ziemię całą; tam w dole dzieją się ziemskie dzieje, zamęt, zgiełk, bełkot, lecz chmura wszystko przykryła. Cisza. Dokoła białe, dziwne korony. Dziwnie olbrzymie, dziwnie piękne, z opali i pereł, z topazu i malachitu, z kryształu i diamentów. Dziwnie cudne, olbrzmie korony, a pośród nich stoi człowiek i patrzy szeroko rozwartymi oczami, patrzy i czeka. Obiecał on, że o wschodzie - w chwili pożaru koron, w chwili chaosu barw i tańca promieni - zaśpiewa hymn do słońca. Hymn do słońca! U stóp jego chmura przykryła ziemię całą. Cisza. Dokoła dziwnie białe korony... Ech, Ty Malusieńka! Obiecałem list napisać do Ciebie, list do Dewduraczka.
(Krynica 1906 r.)
IV
Przecież ty, miła, jesteś taka mała, malusieńka, a patrzysz spod ściągniętych brwi, tak poważnie jak królowa sfinksów i piramid. W noc ciszy gwiezdnej. Patrzysz jakbyś w końcu niezmiernej pustyni spostrzegła małego skorpiona. Nie ściągaj brwi swoich, malutka, pozwól skorpionom żyć na pustyni twojej, wszak wiesz, że wkrótce umrą one zatrute własnym jadem. Ta noc jest twoją, słyszysz, malutka? Słuchaj, słuchaj uważnie, wstrzymaj oddech swój i słuchaj! Słyszysz? Jak cicho mówią gwiazdy: ta noc jest Twoją, malutka. Więc widzisz, jesteś Panią nocy cichej i gwiezdnej, królową piramid i palm sfinksów i niezmiernej pustyni. Uśmiechasz się? Ach tak, więc jesteś również wielkim królem, bom tu, przed tobą, bo widzę uśmiech twój. Ty malutka, niby taka bardzo maluteńka.
VI
Wiesz co, Kazbeczku, jakeśmy siedzieli wtedy na wzgórzu, zszedłem po cichu w dolinę i przyglądałem się nam, Ty byłaś cała w słońcu, a słońce było w tobie, a ja byłem bardzo oświecony tobą i duży cień padał ode mnie prawie przez całe wzgórze. I smutno mi się zrobiło, to wiesz, poszedłem dolinami daleko, daleko, a kiedy wróciłem do nas, Ty jaśniałaś jeszcze, lecz cienia mego nie było już wcale. Byliśmy bardzo zajęci, trzeba było poziomkę przekroić na dwie równe połowy. Ułożyliśmy ją na listku i z wielką powagą podzieliliśmy się nią, tą małą poziomeczką. I przypomniało mi się wtedy, że był czas, kiedy świat podobny był do bajki. Słońce świeciło stokroć jaśniej, olbrzymie lasy lśniących orzechów piętrzyły się ponad brzegami ciemnych jezior, a wśród niebotycznych listkozłotych skrzypów leciał straszny pterodaktylus leciał z szumem dziwny, groźny, przerażający grozą i zniknął w promienistej [dali] dwunastu tęcz stojących wiecznie nad cichym oceanem.
Ty pamiętasz tamte czasy, malusieńka? Pamiętasz, prawda? O, na pewno. Nie zapieraj się, widać to po Twoich oczach, Ty mały, mój Kazbeczku.
VII
Wiesz, maleńka, śnił mi się straszny sen, bardzo straszny, była noc ciemna, deszcz ulewny padał okropnie szumiąc, a dokoła pustka, ciemnoszara ziemia. Ja bałem się deszczu, chciałem biec, uciekać, ale nogi grzęzły w błocie i każdy krok był wysiłkiem wszystkich sił moich. A deszcz wzrastał, a z nim lęk i kiedy krzyczeć, o pomoc wołać chciałem, struga zimnej wody zalewała mi gardło.
Naraz błysnęła myśl szalona: wszystko na ziemi utonęło, wszystko: miasta, wsie, chaty, kościoły, lasy, wieże, pola, góry, wszystko zalała woda. Ludzie nic nie wiedzą o tym, bo noc i śpią najspokojniej w chatach, w kamienicach, w willach, w hotelach. Śpią zapamiętale; to są topielce - białe, spuchnięte, wyprężone, straszliwie chrapią, otulają swój sen kołdrami, drapią się po obrzękłych biodrach, mruczą coś przez sen i straszne są ich rozwarte, rozsadzone, białego koloru źrenice. I wszystko to pod jedną wielką wodą.
Okropny szum deszczu, beznadziejna rozpacz, bezgraniczny lęk. Siły mnie opuściły, stanąłem i wlepiłem wzrok przed siebie w ciemnoszarą pustkę. Natężyłem wzrok do tego stopnia, aż mi krew płynąć z oczu poczęła i zobaczyłem dziwną rzecz.
Oto od nieba do ziemi jakby jedna olbrzymia ściana, a na niej również wielka biała karta: u góry napis wielkości gór, wielka biała karta: Mapa planety Ziemi... dwie góry, wielka biała karta, półkola, przez środek których szedł napis, woda. Zresztą półkola były puste, ani wysp, ani lądów tylko na prawym półkolu między literą d i a coś ciemniało jakby punkcik, jakby oznaczenie jakiejś wysepki. Krew mi uderzyła do głowy, ręce dygotać poczęły, a w piersiach uczułem huk przeraźliwy. Więc jeszcze... jest wysepka!? Hej, sił przybyło milion; kto to nieśmiało już czepia się stóp moich, mapa rosnąć poczęła, wreszcie rozpłynęła się w nadmiarze ogromu. A punkcik zwiększył się do wielkości ciemnego obłoczka. Deszcz szumiał jak przedtem. Świat wyglądał teraz jak jedna wielka żałobna karta. Wszystkie struny wibrują, dźwięczą, skarżą się, jęczą, chaos niedoli, tęsknoty i smutku. Chaos rozpaczy, cierpienia i bólu. Chaos pustki, apatii, ociężałości. Chaos rzeczy małych, trochę podłych, trochę fałszywych. Okropny szary chaos. Z wielkim lękiem przedzierałem się przez struny harfy i skóra mi cierpła za każdym struny dotknięciem.
Topielce grają na harfie, tak myślałem i drżałem na ciele i duszy, i brnąłem dalej wśród jęku szumu, płaczu, wycia tej wielkiej na cały świat ulewy. Obłoczek mój teraz wygląda niby góra, niby dzwon olbrzymi. Już wyraźną sylwetkę jej rozróżniam, już widzę nawet, że jest pokryta lasem. Las jodłowy. Słyszę szum tych jodeł, podobnie szumią jak wtedy szumiały; droga, prosta droga na wierzchołek. Ciemno w lesie, droga wciąż stroma, śliska, już blisko wierzchołek. Sam szczyt nie porośnięty lasem. Już blisko. Już jestem, niestety.
Dlaczego nie jestem w jednej z chat pod wodą, dlaczego nie jestem topielcem o białej, rozsadzonej, obrzękłej źrenicy, dlaczego nie jestem struną żałobnej ulewy. Nad szczytem o parę łokci zawieszona w powietrzu głowa. Obcięte włosy, twarz [ze złym uśmiechem], twoja głowa, Ari, bez oczu. Boże! Bez oczu Twoja głowa straszna. Zamiast oczu dziury na wylot, a przez nie widać świat niby wielką żałobną harfę - wszystkie struny dźwięczą, wibrują, skarżą się. Chaos niedoli, tęsknoty i smutku; okropny szary chaos widać przez oczy Twoje, Ari.
To był straszny sen i przebudzić się zeń nie mogę.
To było paradne! Wyobraź sobie... że jakaś dziewczyna ubrała się w twoje sukienki i poprowadziła mnie przez góry i mimo jodeł szumiących do naszego strumyka. Byłem bardzo zdziwiony, czego ta mała chce ode mnie. Okazało się, że podpatrzyła Ciebie i chciała cię przede mną naśladować. Ach, jakie to było paradne. Udawałem, że nic nie wiem o tym, i chodziliśmy po naszych śladach, i dzieliliśmy się poziomką i patrzyliśmy sobie w oczy długo, długo - i wiesz co, ona ma ładne oczy, tylko tam są plamki jakieś, których nie ma w oczach Twoich, a oczy tamtej małej na pewno nie widziały wielkiego oceanu. Cała głębia ich równa się głębi zwyczajnego jeziora. Tak, jednak to były piękne, jasne i dobre oczy, chociaż daleko im do Twoich, maleńka. O! gdzież tam, gdzież tam.
Byłem dzisiaj na łące i dowiedziałem się ciekawych rzeczy. Rumianek z lekka stając na jednej nodze powiedział mi pod wielkim sekretem, że była tu Ari i tuliła go w dłoniach białych, i pieściła wzrokiem swoim, i szeptała, że ze wszystkich kwiatów najbardziej lubi rumianek, że to najwspanialszy z kwiatów całej łąki. A mówiąc drżał.
Dziecinko, moja maleńka. Jak mnie smutno, jak strasznie smutno bez Ciebie!
Listy, pisane po polsku, podane zostały według maszynopisu znajdującego się w zbiorach Muzeum Čiurlionisa w Kownie. Poprawiono błędy maszynowe, wprowadzając tam, gdzie to potrzebne, interpunkcję. List III ma w Archiwum nr 45; IV, VI, VIII. X - nr 48.